Wysoki
mężczyzna stał na brzegu klifu i wbijał spojrzenie w szalejące pod jego stopami
fale. Morze tego dnia było wyjątkowo gniewne – w pogodne dni woda była
błękitna, ocierała się delikatnie o wystające skały, obmywała jasne półkole
małej plaży; tymczasem dzisiaj kotłująca się, zimna ciemność mogła przerazić
człowieka, który nie był przyzwyczajony do takich widoków.
Ale Iver Jakobsen kochał morze:
jego charakterystyczny zapach, smak soli na ustach, potęgę małych kropelek,
które złączone w jedno potrafiły pochłonąć każdy kuter rybacki. Nie wyobrażał
sobie życia gdzieś w lasach albo w wielkim mieście: wybrzeże było jego domem.
Nie wyobrażał sobie bycia w życiu kimś innym, niż rybakiem: jego ojciec nim
był, dziadkowie (których nigdy nie poznał) podobno też. Przywyknął do życia w
drewnianej chacie, brzydkiego zapachu rybich wnętrzności, oszczędzaniu każdego
grosza. Dwa razy w miesiącu odwiedzali go kupcy z zupełnie innej części
Norwegii. Te tereny wydawały być się oddalone o miliony kilometrów, szczególnie
dla kogoś, kto nawet nie odwiedził stolicy kraju. Pieniądze z handlu owocami
morza nie starczały na utrzymanie, ale cenił to, co miał.
Dość młodo się ożenił, chociaż
nie zrobił tego z miłości. Swoją narzeczoną uratował od śmierci głodowej.
Wierzył, że chociaż odrobinę uda mu się jej pomóc. I rzeczywiście: po roku
Ingrid odzyskała swoje dawne, pełne kształty, oczy i włosy ponownie mogły
lśnić. Każdego dnia czuł jej wdzięczność, troskę, miłość – tak strasznie
żałował, że nie potrafił odwzajemnić tych uczuć! Żona instynktownie czuła, że
młody Jakobsen łże w żywe oczy szepcząc po krótkim zbliżeniu, że ją kocha.
Chciała mu dać wszystko, co najlepsze, a on nie potrafił tego docenić. Chociaż było
jej przykro nigdy się nie zbuntowała: jak śmiałaby ugryźć rękę, która ją
karmiła?!
Dla Ivera była jedynie gwarancją bezpieczeństwa. Urodziła mu dwóch
jasnowłosych synów: jeden miał osiem lat, drugi tylko trzy. Byli jeszcze zbyt
młodzi, aby pomagać ojcu w połowach, ale starał się ich wychować na prawdziwych
rybaków z krwi i kości. Starszy Aron pomagał mu na przykład łatać sieci,
młodszy Mikkal zaciskał malutkie piąstki i marszczył cienkie brwi, próbując
zrozumieć skomplikowane ruchy palców brata. Norweg żył tylko dla nich. Martwił
się słysząc cichy płacz swojego malutkiego synka: nienawidził siebie za to, że
nie potrafi zapełnić mu pełnego bezpieczeństwa. Dręczył ich albo głód, albo
zimno. Sam nie wiedział, co było gorsze.
Ostatnio nic nie poprawiało mu
humoru. Pogłębiał się w depresji, cierpiał, ale nie robił nic, aby to przerwać.
Nie chciał jeść, nie mógł spać. Ingrid wiele razy wpatrywała się w niego,
próbując rozwiązać zagadki umysłu męża, ale zawsze odchodziła z niczym.
Próbowała rozmów: blondyn odwracał wzrok i zaciskał usta w wąską kreskę. Nie
mógł się zwierzyć nikomu: słodka tajemnica sprawiała ból, ale teraz przynajmniej
miał o czym marzyć. Przed oczyma miał jeden obraz, w mózgu niczym cierń tkwiła
mu myśl o najpiękniejszej kobiecie, kobiecie ze snów. Widział ją tylko raz, ale dokładnie pamiętał każdy szczegół jej idealnego ciała. Odkąd ją ujrzał, żona wzbudzała w nim uczucie politowania, a nawet... Obrzydzenia. Odsuwał ją od siebie, gdy próbowała pocałować go w policzek. Potrafił krzyczeć na nią z byle powodu, a widok jej szczerych łez nie potrafił go wzruszyć. Liczyła się tylko ona!
Błękitne oczy, mające w sobie
przebłysk stali. Czarne włosy, zakrywające krągłe piersi. Alabastrowa skóra.
Karminowe usta.
Metaliczny błysk łusek w rybim ogonie...
~*~
Mam wielką nadzieję, że każdy domyśli się, o co chodzi :-) Miłego czytania, dziękuję za każdą opinię.